Wizyt
Dzisiaj: 573Wszyscy: 294592

Izydor

Nasze Historie » Izydor

Luna
Tak banalnie, że aż nudno. Czterotygodniowy szkrab, z powikłaniami po herpesie. Oczywiście syzyfowa walka. Oczywiście na jedno oko nie widzi. Oczywiście na drugie tylko częściowo. Oczywiście jest paskudnie niegrzeczna i rozpuszczona. Oczywiście mam mnóstwo szczęścia, że przeżyła i tłucze mi systematycznie zastawę stołową. Oczywiście, że kocham tego gizda pierońskiego. Nuuuudy, nie? Zatem tej panience już podziękujemy i nie weźmie udziału w konkursie :wink: 

Ale był ślepaczek, który nie był nudny. 
Który nauczył mnie pokory. Izydor. Wtedy lat: 10. Kot, któremu zrobiłam wielką krzywdę swoją nadgorliwością. 
Trafił do naszego schroniska w środku stycznia, na obserwację pod kątem wścieklizny. Stary, brudny, zużyty, śmierdzący. Nie oszukujmy się: brzydki. Postrzępione w wielu walkach uszy, nadpalone słońcem. Pusty oczodół. W drugim bielmo? zrosty? Przyjęliśmy, że nie widzi. W końcu po dwóch tygodniach obserwacji, można było go zacząć ratować.
I na jego nieszczęście, zaczęliśmy… Od ratowania oka. Bez szczegółów powiem tyle: dziś już wiem, że takich oczu, ze zrostami od 10 lat, się nie ratuje.Się nie dotyka!
W konsekwencji Izydor stracił oboje oczu i oczodoły zostały zaszyte.
I tu zaczęła się gehenna starego, przerażonego, niewidomego już zupełnie kota, którego dokądś zawieziono, gdzieś zamknięto, w nowe zapachy, w nowe hałasy. Zaczął się przeraźliwie bać dotyku. 

Pierwsze trzy miesiące każdego wieczora spędzałam czas na podłodze w łazience (gdyż tam zamieszkał), pielęgnując go, dając zastrzyki, lekarstwa, mówiąc do Dorka, dbając o urodę, czytając książki, ba! pracując nawet, bo „wklepywałam” dokumenty do lapka. Izydor mógł oczywiście poruszać się po całym mieszkaniu, ale się bał. Kiedy po trzech miesiącach przypadkiem wychyliłam się z kuchni i zobaczyłam Dorka w przedpokoju, popłakałam się.
Od tej pory zajmowało Dorkowi 2-3 tygodnie zdobycie kolejnych paru metrów. W czerwcu „znalazł” kuchnię. Tu znów postanowił zostać na dłużej, z powodów bliskich kociej naturze. I nagle okazało się, iż Izydor potrafi wejść na szafkę, do zlewu, coby ukraść rozmrażającego się kurczaka, czy przez okno wyjść na balkon. Ta kuchnia zatrzymała go trochę w ekspansji terytorialnej, a możliwość wyjścia przez okno na podgrzane balkonowe płytki, dawała pełnię szczęścia.
Na przełomie lipca i sierpnia dotarł do pokoju. 
We wrześniu odkrył tapczan. 
Pod koniec września pozwolił się, tam, na tapczanie, po raz pierwszy od wielu, wielu miesięcy dotknąć. Pogłaskać...

Izydor był kotem, przy którym mówiło się szeptem i człowiek zamierał tam, gdzie stał. Kiedy Dorek wychodził z łazienki , obojętnie: domownicy czy koci rezydenci, graliśmy w grę : „czarownica patrzy!” Znacie, prawda? :mrgreen: Żeby go nie spłoszyć, żeby nie przestraszyć, żeby nie stracić tych jego malutkich osiągnięć w zdobywaniu przestrzeni. 

W październiku zdecydowałam: pora staruszkowi znaleźć jego własny dom, na dożycie. 

I wiecie co? Znalazłam. Niedawno świętowaliśmy rok, odkąd „poszedł na swoje”. 

Ulubione czynności na dzień dzisiejszy: jedzonko i spanie w betach. Każde nowe zdjęcie Izydora, które dostaję, to kot w pościeli. Zrobił się grubiutki, waży 6 kg i już nie przypomina tamtej, umierającej, futrzastej szmatki. 

Można rzec: sukces! Ale ja osobiście uważam, że to była porażka. Bo uczyniliśmy kota całkowitym kaleką. Zabraliśmy mu wzrok w imię nauki i pseudonaukowych eksperymentów. Bo zawiniłam niewiedzą i brakiem stanowczości. Bo ja też się na nim „uczyłam”…