Wizyt
Dzisiaj: 229Wszyscy: 334714

Lili

Nasze Historie » Lili

Historia Lili jest bardzo smutna.
Domową kotkę ktoś wywiózł na stację benzynową usytuowaną w lesie i porzucił. Tam też przydarzył jej się potworny wypadek, prawdopodobnie została zaatakowana przez lisa, bo kicia w tym lesie mieszkała. Kiedy ją znalazłam z urwanej łapki sterczały na wierzchu kości, miała urwany kawałek ogonka i w strasznym stanie oko, z którego strumieniem lała się ropa. Cały policzek był nabrzmiały ropą. Kotka była zagłodzona, mimo że na tej stacji jest bar, a tym samym chociażby resztki jedzenia. No i w barze pracują ludzie. A może raczej “ludzie”. Kiedy ją zobaczyłam gryzła suchy chleb...
Koteczka koczowała w lesie podobno ponad 2 miesiące i nikt jej nie pomógł, mimo iż na stację podjeżdżały samochody żeby zatankować i koteńka do nich podchodziła prosząc o pomoc. Pracownice z baru ograniczyły się jedynie do stwierdzenia, że ten kot na pewno zimy nie przeżyje. 

Promyk nadziei zaświecił dla Lili pierwszy raz, kiedy wreszcie ktoś, z tysiąca podróżnych zjeżdżających z trasy na stację benzynową zobaczył kota bez nogi. To znaczy chciał zobaczyć, bo inni też widzieli, ale odwracali twarz. I ten ktoś napisał o tym na forum. Nie zabrał kota, nie pomógł od razu, był przejazdem. Ale wysłał w świat komunikat, że w lesie jest kot z urwaną nogą. I siłą tego forum jest to, że z daleka też można uratować życie kota. 

Dalej życie kotki wzięłam w swoje ręce ja, bo byłam najbliżej. Byłam zaledwie 15 km od owego lasu, ale nie mogłabym kotce pomóc, gdybym się nie dowiedziała, że tam gdzieś jest taki kot, który nie ma już dużo czasu. Jeździłam 2 razy szukać kotki, bo za pierwszym razem jej nie znalazłam. Kiedy za drugim razem wypatrzyłam kicię gdzieś obok wielkiego koła ciężarówki, to zobaczyłam tylko to jej oko, na wierzchu, całe w ropie. Nawet nie wiedziałam, czy wiozę do domu kota bez nogi, czy to ten po którego jechałam, widok oka mi wystarczył. Dopiero w domu ukazała się dalsza odsłona tragedii kotki - wystające kości z urwanej (odgryzionej?) łapki.
Ale w tym momencie życie Lili zostało już uratowane. Oczka nie dało się co prawda uratować, wszystkie struktury oczne były już zniszczone. Jedynie tyle dobrze, że nie trzeba było usuwać gałki ocznej, ale oko jest puste, Lili nie widzi i nigdy nie będzie na nie już widziała. Wystające kości z łapki zostały usunięte, kicia nauczyła się chodzić na trzech, po jakimś czasie kikucik łapki pięknie się zagoił. Urwany ogonek też zarósł futerkiem.

Teraz Lili jest szczęśliwą koteczką. Mimo swojego kalectwa jest bardzo wesoła i kocha życie. Radzi sobie świetnie - widzi to co chce zobaczyć, wchodzi tam gdzie chce wejść (najwyżej podstawiamy taborety :wink: ). Po tym co przeżyłyśmy razem, więź między nami jest niesamowita. A ja dzięki niej zrozumiałam, dlaczego dzieci kalekie kocha się bardziej.

Ale przeszłość czasami wraca do Lili. Nagle zaczyna miauczeć i chce gdzieś uciekać. Trzeba ją wtedy przytulić i szepnąć do uszka, że już jest bezpieczna, że tamto nie wróci już nigdy. Wtedy się uspokaja. Długo nie wiedziałam, w jakich okolicznościach ta przeszłość wraca, aż w końcu skojarzyłam, że dzieje się to zwykle wtedy, kiedy coś smażę czy piekę w kuchni. Na początku kojarzyłam z gorącem, zastanawiałam się, co ta kotka przeżyła, może jakiś pożar? Aż w końcu doszłam do tego, że dzieje się tak zawsze wtedy, kiedy smażę coś na oleju. Czyżby ktoś z baru wylał na nią gorący olej? Tego niestety nie dowiemy się już nigdy. Ale odkąd dotarłam do źródła lęków Lili po prostu staram się unikać smażenia na oleju. I ataki ostatnio nie powtarzają się.